Forum i chat
Radio/TV
Galeria
Księga gości
nocna modlitwa 21 pt. 22:00
niedzielne nabożeństwo 23 nd. 10:00
Fundamenty wiary 24 pn. 17:12
Grupki domowe 12 25 wt. 19:00
Nabożeństwo młodzieżowe 25 wt. 19:00
Środowe nabożeństwo 26 śr. 19:00
Nocna modlitwa mężczyzn 26 śr. 21:30
     zobacz wszystkie plany spotkań »
Od 06.02.2007 odwiedziło nas
gości.
(PL) Świadectwa

Świadectwo Karoliny

Dwa lata temu poznałam kim jest Jezus. Zanim do tego doszło, byłam osobą bardzo nieszczęśliwą , nie chciałam już żyć. Nienawidziłam siebie, ludzi i wszystkiego co było wokół mnie. Nie umiałam z innymi rozmawiać ani tak zwyczajnie być. Było mi z tym bardzo źle, miałam pretensje do siebie za to, jaka jestem i za to, że nie potrafię się zmienić. Nie miałam szczęśliwego i radosnego dzieciństwa, co stało się przyczyną moich problemów z komunikacją z innymi ludźmi. Zrodziło to we mnie nienawiść do moich rodziców, a w szczególności do mamy za to, co robiła i jaka była, jak również do taty za to, że nic nie robił. Mama zawsze była osobą bardzo nerwową, dużo krzyczała traktowała nas jak „coś” niepotrzebnego, z czym są tylko problemy. Przez długi czas bałam się jej. Nie lubiła małych dzieci i tego, że są głośne. Dlatego zawsze należało być cichym i spokojnym. Na zainteresowanie trzeba było zasłużyć. Starałam się być taką, jaką chciała mama, żeby nie zostać odrzuconą. Jak coś zrobiłam nie po jej myśli, było dużo krzyku i raniących słów. Zawsze się tego bałam, ponieważ wszystkie jej słowa długo tkwiły w mojej głowie, nie potrafiłam ich odrzucić, i wszystko brałam głęboko do siebie. Często słyszałam, że do niczego się nie nadaję, nic nie umiem, że inne dzieci są o niebo lepsze i że wstyd mieć takie dziecko. Od małego miałam niskie poczucie własnej wartości. Do taty miałam pretensje, że nigdy nie przeciwstawił się temu co robiła i mówiła mama, że nie interesował się nami, był obojętny na to co się dzieje. W domu często były awantury z tego powodu, że tata przychodził z pracy pijany. Uciekałam wtedy do swojego pokoju lub na dwór, żeby tylko niczego nie słyszeć, a w wyobraźni tworzyłam swój bezpieczny świat. Z wiekiem zamykałam się w sobie coraz bardziej. Doszłam jednak do takiego momentu, że nie chciałam dalej tak żyć. Niestety było już za późno. Nie potrafiłam stać się nagle inną i inaczej się zachowywać. Przez jakiś czas próbowałam się zmieniać, jednak w ogóle mi to nie wychodziło, a było wręcz coraz gorzej. Im bardziej się starałam, tym poczucie klęski było silniejsze. Nie miałam przyjaciół, ponieważ nie potrafiłam z nimi rozmawiać. Zniechęcałam do siebie ludzi całkiem wbrew woli. W końcu dałam sobie spokój i położyłam kreskę na sobie, życiu i w ogóle na wszystkim. W mojej głowie pojawiła się myśl, że przecież wcale nie trzeba żyć. Uważałam, że życie jest fajne, ale nie dla mnie, że pewnie można być szczęśliwym, chociaż ja nie mogę. Nie potrafiłam zobaczyć siebie w przyszłości. Wiedziałam, że moje życie mogłoby wyglądać inaczej gdybym była inna - gdybym potrafiła być inna. W końcu nałykałam się proszków z myślą, że albo umrę i będzie po wszystkim, albo KTOŚ mi pomoże. Tak się jednak nie stało. Żyłam dalej w stanie jeszcze gorszym niż wcześniej. Wtedy dopiero NAPRAWDĘ chciałam umrzeć, nie chciałam już żeby ktokolwiek coś wiedział, czy chciał mi pomóc. Przerodziło się to w chorą fascynację śmiercią. Zaczęłam słuchać muzyki o umieraniu, czytać podobne gazety, często przebywałam na cmentarzach, wciągało mnie to coraz bardziej. Przestałam robić cokolwiek. Nie uczyłam się, mimo iż byłam wtedy w klasie maturalnej. Planowałam sobie, że na maturze już mnie nie będzie. Cierpiałam musząc być z ludźmi, a nie potrafiąc z nimi żyć. Winiłam rodziców za to, co się ze mną dzieje. Wtedy też moja nienawiść do nich urosła jeszcze bardziej. Była tak wielka, że chciałam umrzeć żeby ich zranić, żeby oni też cierpieli. W między czasie sięgałam po papierosy, alkohol i narkotyki. Szukałam czegoś, co by choć trochę zmieniło moją rzeczywistość – choćby na chwilę, jednak nic takiego nie znalazłam. Nie liczyłam się z niczyimi uczuciami, byłam bardzo rozgoryczona, pełna złości... Żeby sobie dogodzić, potrafiłam okradać moich dziadków mimo, iż byli mi bardzo bliscy. Miałam też problem z własnym wizerunkiem, nie akceptowałam swojego wyglądu, nienawidziłam siebie zarówno od środka, jak i na zewnątrz. Nie mogłam na siebie patrzeć. Stąd też wzięły się moje problemy z bulimią.

Tak wyglądało moje życie do momentu, w którym spotkałam ludzi, którzy powiedzieli mi, że Jezus może odmienić mój los. Przyjęłam wtedy zaproszenie na spotkanie podczas, którego modlono się do Jezusa, śpiewano radosne pieśni i mówiono o realnym działaniu Boga w codziennym życiu. Usłyszałam, że Jezus nie tylko umarł na krzyżu, ale - co ważniejsze - zmartwychwstał, tym samym pokonując śmierć i jej działanie. Dowiedziałam się, że Jezus żyje i może przywrócić sens życia. To był pierwszy raz, kiedy naprawdę zwróciłam się do Boga przyznając, że jestem grzesznikiem i bez Niego nie poradzę sobie. Od tego momentu wszystko się zmieniło. Odeszły męczące mnie na co dzień myśli o śmierci, w jednej chwili znikła ciemność z mojego życia - zaczęłam chcieć żyć! To, co wydawało mi się niemożliwe, Jezus odmienił w jednej chwili. Jednym z cudów była zmiana uczuć względem rodziców - odeszła nienawiść a pojawiła się miłość. Wróciła też nadzieja i sens życia. Zaczęłam planować przyszłość i widzieć siebie w przyszłości, co przed nawróceniem nie było możliwe. To, czego sama nie potrafiłam zmienić, a z czego wynikała większość moich problemów, czyli problemy z relacjami z ludźmi, Jezus zmienia cały czas. Mam teraz przyjaciół, z którymi mogę rozmawiać i po prostu być. Dzięki Jezusowi zaczęłam wierzyć w siebie i akceptować własną osobę taką, jaką jest, nie patrząc na to, co powiedzą inni. Dzięki Niemu jestem osobą szczęśliwą.

Dziękuję Ci Jezu!

Karolina

 
wersja polska english version | Start | Radio / TV | Sklep | Filie Kościoła | Kontakt | News | O nas | Służby | Szkoły Biblijne | Świadectwa | Czytelnia |
Copyright 2007: Spichlerz | design by rytm.org | cms/powered by intensys.pl